piątek, 6 września 2013

Agroturysta

Nie wiem czy dla Dziobaka również, ale dla Łukaszynki samo gospodarstwo agroturystyczne stanowiło jedną z największych atrakcji na Roztoczu. I nie chodzi tu wyłącznie o żywy inwentarz: konie, kozy, kurki, kaczki, gęsi, czy gołębie. Chodziło również o samą frajdę zatrzymania się w innym, dużym domu (nazwanym przez Łukaszynkę szumnie hotelem), możliwość biegania wkoło domu, jedzenia śniadania na wozie i inne atrakcje atrakcyjne dla kogoś, kto ma 6 lat.
Kiedyś przy śniadaniu:
- Mamo! Jak będę duży, to będę chciał mieć właśnie taki hotel. Mógłym zaprosić wszystkich: i Ewę i Karola i drugiego Karola (mojego przyjaciela z przedszkola) i Szymona i Michała i Adriana i "Beronię" i drugą "Beronię" i Julę i Michała i Milenkę i Antosia i Piotrusia i Maxa i Mikołaja (tego co mnie naśladuje) i Sebastiana z ciocią i małą Alutkę z babcią i tego chłopca na placu zabaw, co bardzo lubi "Gwiezdne Wojny".... Wszyscy by się tu pomieścili!!!

PS: Jeśli ktoś się poczuł pominięty, przepraszamy. Nie mam pewności czy nieobecych pominął Łukaszynka czy też ja nie zarejestrowałem wszystkich w tym słowotoku.

PS2: "Hotelem " Łukaszynka nazywał w prawdzie również wiatę autobusową nad Stawem Echo, ale proszę się nie przerażać. Nasz "hotel" był o nieco wyższym standardzie. Gorąco polecamy agrowczasy na Roztoczu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz